8/22/2013

Przemyślenia

Od wczes­nych lat życia wyrzekłem się ja­dania mięsa. Przyj­dzie czas, gdy ludzie ta­cy jak ja będą pat­rzeć na mor­dercę zwierząt tak sa­mo jak te­raz pat­rzą na mor­dercę ludzi. (Leonardo da Vinci)
Czasami dopadają nas przemyślenia, prawda?
Też je miewam. Zazwyczaj, kiedy siedzę sama w pokoju, w rozciągniętym swetrze i przetartych szortach, pijąc herbatę i oglądając filmy. Takie melancholijne dni są najlepsze na tego typu rozmowy ze samym sobą. Wiesz czego oczekujesz, wyszukujesz plusów i minusów, rozważasz, chodzisz, myślisz. Może ci to zająć nawet kilka dni. Ale w końcu wiesz. A potem dopadają cie wątpliwości. Jedna rada? Skoro wiesz, to nie patrz na nie. Żyj chwilą, ciesz się życiem i takie tam. To pomaga. W pewnym stopniu.
Chcę być kimś, wiecie? Nie chcę być zwykłą agentką tajnej organizacji, chociaż zwykłą być nie mogę, patrząc nawet na mój rodowód i nazwisko ojca. Marzy mi się zmienianie przyszłości na lepszą, brak ciągłych wojen, brak niszczenia środowiska, brak chorób i zastraszania. Chcę w końcu żyć w idealnym świecie, gdzie nie musisz zamykać drzwi na klucz, ani montować sobie coraz to nowego alarmu antywłamaniowego bo boisz się o swój majątek. Chcę ulepszać, tworzyć. I nie chcę nic w zamian.
A wiecie kim się stałam? Stałam się tą częścią wszechświata, która łamie prawo naumyślnie i zapewne nigdy nie doczeka się za to reprymendy. Wszyscy mówią „Dobra robota Ventus!” albo „Oby tak dalej!” ale ja wiem, że robię coś złego, coś co nie może dłużej trwać. Kradnę, zabijam, ochraniam tych których ochraniać nie powinnam. Jest tyle rzeczy, które robię źle. Potrafię wymieniać je w nieskończoność. Ale paranoją jest to, że nie potrafię wymienić rzeczy które robię dobrze.
A przecież do bycia kimś muszę czynić dobro, prawda?
A chcę być kimś, tak bardzo tego pragnę.
Chcę być kimś na wzór Iron Mana. Nie chodzi mi o wypchany technologią kostium Ton’ego Starka. Nawiasem mówiąc nawet bym w niego nie weszła, mam klaustrofobię. Nie chodzi mi również o produkowanie broni tak jak to robiło Stark Industries. Chodzi o to, że Tony miał plan. Miał wizję, żeby świat stał się lepszy. Zaczął pomagać, tak jak mógł, ale zaczął. Z wolna zmieniał przyszłość, ulepszając to co stworzył. Przy tym był zawsze rozluźniony, z dość dziwnym poczuciem humoru, co prawda, ale był sobą. Trzymał się tego, co sobie wyznaczył. Ścieżki, która wiodła go do zwycięstwa. Spotkał się z krytyką, z odepchnięciem, z pogardą. Ale były też dobre oceny jego pracy, wsparcie, pomoc. Mógł sobie tyle przypisać. No i oczywiście trzeba to zaznaczyć: był przystojnym geniuszem który niestety był również mocno w sobie zadufany.
No, ale wracając do rzeczywistości.
Taki melancholijny wieczór nastaje u mnie paradoksalnie co dwa dni. A tak w rzeczy samej być nie powinno. Melancholijne wieczory są dla osób, które nie mają co ze sobą zrobić, straciły pracę czy też przeszły większe załamanie w życiu. Ja przecież mam wszystko, to niedorzeczne, że przytrafiają mi się aż tak często. A jednak przytrafiają się. I nie mogę nad tym zapanować. To jest tak, jakbym powoli zapadała w depresję.
Ten wieczór nastał i dziś.
Kiedy orientuję się, że żaden komiks nie przyniesie mi dziś ulgi i błogich snów, łapię za zeszyt i energicznie wyrywam kartkę. Wygładzam ją, bo trochę się pogięła, zaginam boki, żeby nie było widać podartej części. Łapię za mazak. Wielkimi, czerwonymi literami piszę „Lista rzeczy, które Ventus Wind robi dobrze” i na tym kończę moje wypisywanie. Na zerze.
Prycham.
- No dalej, Ventus. Potrafisz zabić człowieka strzelając z odległości nawet dwustu metrów, a nie potrafisz skleić o sobie ani jednego dobrego zdania? Weź się w garść!
Tylko że taka jest prawda. Potrafię o sobie mówić, a gdy się rozgadam to końca nie widać. A gdy przychodzi do wymieniania tych dobrych cech, po prosu zastygam. Jestem pustką. Nie wiem czy to jakaś wrodzona bariera, czy po prostu stałam się kimś złym. Gdybym się spięła, mogłabym coś wymyślić. Ale jak, skoro nie umiem.
- Umiesz gotować, Ven – mówię nagle, wręcz mechanicznie.
Śmieję się na głos i otwieram laptopa. Skype włącza się automatycznie, wyszukuję w liście kontaktów Margareet i Deana, upewniam się, że są online i dzwonię do nich. W międzyczasie przyglądam się ich nowym zdjęciom profilowym. Margo wygląda tak pięknie w swoich długich do brzucha czarnych włosach i kwiecistej sukience. Nic dziwnego, że ustawiła to zdjęcie jako główne. Dean, jak to Dean, jako profilowe ustawił sobie zdjęcie Teemo – jednej z postaci w grze League of Legends.
- No hej Ven! – przywitał się ze mną mój kochany Dean, włączając przy tym kamerkę.
- Veni! Długo cie nie widziałam! – podążając śladami przyjaciela, Margo robi to samo.
Gdy zobaczyłam ich uśmiechnięte twarze, od razu poczułam dziwne uczucie w sercu. Tak dawno ich nie widziałam, a przecież kochałam ich ponad życie. Nigdy wcześniej nie czułam się tak. Serce bije mi szybciej, do oczy napływają łzy. Po prostu jestem o nich zazdrosna. Tak bardzo pochłonęła mnie praca, że nie kontaktowałam się z nimi od pięciu miesięcy?
Dean to chłopak, którego nie da się nie lubić. Jest typem Bad Boya, ale przy mnie taki nie jest. Zawsze jest szczery, a przy ty tak bardzo, cholernie opiekuńczy i słodki. Margo, kiedyś jego dziewczyna, była bardzo popularna w szkole. Była jedną z takich, z którymi chcesz się zadawać. Razem tworzyliśmy team, którego nikt nigdy nie rozbił.
- Mam do was sprawę – mówię prosto z mostu. – Powiedzcie mi jaka jestem, ale z tych dobrych cech. – proszę, łapiąc za notes i czekając na słowa które mogę zapisać.
- Zacznę. Pomagasz biednym, chodzisz na aukcje charytatywne, jesteś najlepszą przyjaciółką w świecie, jesteś miła dla każdego, znasz się na modzie, świetnie grasz w Lola, umiesz śpiewać, umiesz tańczyć, jak nikt inny potrafisz naśladować inne głosy, znasz dużo języków, skończyłaś prawo, jesteś wprost idealną agentką…
Przerywam słowotok Margo.
- … która zabija niewinnych – dokańczam za nią.
- Może i tak, ale to twoja praca. To wybrałaś, kochana. Nie możesz jej teraz zmienić. Wiesz ile osób na tobie polega? Ile osób zawdzięcza tobie życie? Nie możesz wciąż się obwiniać za tamtego chłopczyka! Wiem jak to przyjęłaś, ale no przestań. To on zaszedł cie od tyłu, to oni go posłali. On nie był niewinny! Powinnaś po prostu wziąć się w garść, nie możesz się obwiniać w nieskończoność. Rozumiesz? Jeżeli tego nie pojmiesz w następne dziesięć minut to obiecuję, że wsiądę w ten samochód i przyjadę do tego Waszyngtonu i już nie będę taki miły!
- Okej Dean, ona chyba zrozumiała – Margo stanęła po mojej stronie.
Spoglądam na nich. Raz na Margaret, raz na Deana. Dziewczyna wydaje się wręcz przestraszona zachowaniem swojego przyjaciela. Wiecie, kiedyś, kiedy jeszcze byli razem – nie widzieli poza sobą świata. Liczyli się tylko oni, inni nie mieli wstępu do ich świata. Potem zjawiłam się ja. Wiem, że pokochali mnie od razu, kiedy powiedziałam im wprost, że rzygam jak widzę ich tak bardzo szczęśliwych i słodzących sobie na każdej drodze. Potem zaczęliśmy się przyjaźnić, a między nimi coś się kończyło. Już się nie całowali na prawo-lewo, nie chodzili wszędzie razem jak przylepy. Zakończyłam w ich życiu piękny rozdział i do dziś mam do siebie wyrzuty, chociaż oni tłumaczą, że tak jest lepiej. Są przyjaciółmi, ale mogą też umawiać się z kim chcą i kiedy chcą.
Słyszę głośny dźwięk i czuję wibracje pod lewym udem. Wyciszam mikrofon, ponieważ dzwoni Hugh. Odbieram po chwili – ot takie złudzenie, że mam życie prywatne.
- Halo? – mówię.
- Ventus? Koniec urlopu, ubieraj się i przyjeżdżaj. – powiadamia mnie, a ja tylko wywracam teatralnie oczami. Wiecie, w sumie spodziewałam się tego.
- Dobra, daj mi pół godziny. A miałam wziąć PRZYMUSOWY urlop – prycham.
- Przymusowy czy nie przymusowy, masz tu zaraz być.
***
Wchodzę do siedziby agencji i udaję się do gabinetu Hugh’a. Przesz oszklone drzwi widzę, że nie jest sam. Prycham tylko gniewnie i nie zastanawiając się zbytnio wchodzę bez pukania do pomieszczenia. Zniesmaczona mina szefa mówi mi, że jeszcze chwila i obetnie mi wypłatę. Wzruszam jednak ramionami i mój wzrok przenosi się na tajemniczą osobę, aktualnie siedzącą do mnie tyłem. Podnoszę brew i spoglądam na szefa.
- Ah tak. Ventus, to twój nowy partner. Poznaj proszę Dereka Browna, jednego z moich zaufanych agentów, którzy działają w Europie.
Poznaję w Dereku chłopaka, który tak zawzięcie bronił mnie przed swoim ojcem wczorajszego wieczoru. Gdy odwraca się do mnie, mimowolnie się uśmiecham i pozwalam mu pocałować moją dłoń. Co jak co, ale zapamiętałam go jako gentlemana. Siadam na drugim fotelu, zakładając nogę na nogę i wyjmuję z kieszeni jeansowej kamizelki telefon.
- Przejdź do sedna, serio, jakbyś nie wiedział mam teraz urlop – mówię gniewnie, tylko w połowie ironicznie.
Spogląda na mnie, przez chwilę się zastanawiając a potem zaczyna mówić.
- Sprawa wygląda tak; z największego i najbardziej strzeżonego magazynu wojskowego na świecie skradziono broń wartą ponad osiemset miliardów dolarów. Broń jest bardzo niebezpieczna dla środowiska, gdyż wystarczy tylko niechlujnie wycelować w człowieka, nacisnąć spust a ten po prostu rozszczepia się na malutkie kawałeczki. To najnowsza i zarazem najniebezpieczniejsza broń świata. Ventus, tylko ty możesz ją wykraść. Właśnie od Dereka dowiedzieliśmy się gdzie przypuszczalnie ją przetrzymują. Musisz się tam wkraść, zabrać ją i wyjść stamtąd niezauważona. Niezauważona – powtarza dla podkreślenia.
- Dobra, dobra, rozumiem! Kiedy mogę wyruszyć?
- Widzisz Derek? I to podoba mi się w naszej Ventus najbardziej! Ma urlop, a od razu bierze się do roboty. Widać, że kocha swój zawód – komentuje.
Tak. Zgadzam się. Tak. Mów mi więcej… Zaraz… czy ja dobrze słyszałam…
- Partner? Nowy partner? – mówię, naciskając na słowo nowy.
Na początku nie zrozumiałam co dokładnie miał na myśli Hugh. Sądziłam, że mówiąc partner, chciał się ze mną podroczyć. Nawet nie wyobrażam sobie, jak można działać z partnerem. Przecież to… mężczyzna. Wielki, muskularny samiec, który zapewne nie potrafi się nawet cicho poruszać. Na Merlina! Pewnie nawet głośno oddycha! Nie pozwolę, żeby jakiś samiec alfa mi tu wyrastał. Co to, to nie! Nie dam sobie wejść na głowę.
Hugh kiwa promiennie głową. Udusiłabym.
***
Razem z moim partnerem udałam się do działu broni i wyposażenia żeby zdobyć sprzęt potrzebny do misji. Na początku naszej wędrówki „od drzwi do drzwi” tego piętra odwiedzamy pokój, w którym produkują i projektują stroje bitewne. Z racji tego, że mój stary strój został doszczętnie zniszczony dostaję nowy. Wygląda nieziemsko i praktycznie w niczym nie przypomina mi starego. Wykonany jest z czarnego, lśniącego oraz czarnego, matowego materiału. Przy sercu i tych ważniejszych organach został wzmocniony kewlarem, co rozpoznaję po twardej powierzchni. Jest bardzo kobiecy, jak na strój bojowy. Przy kolanach i łokciach również rozpoznaję wzmocnienie materiału; w tych również miejscach materiał jest lśniący. Do stroju dostaję również buty – coś na wzór glanów, jednak o wiele lżejsze i nie wydające hałasów. Cały strój posiada kilkanaście kieszeni, do których, jak sądzę, zaraz dostanę wyposażenie. Moją uwagę zwraca hełm, który leży niedaleko stroju. Dość duży, czarny i lśniący. Po bokach, tak jakby ze skroni wychodzą czarne, metalowe pióra.
- Podoba ci się? – słyszę. Odpowiadam skinieniem głowy. – Włóż go, a zobaczysz co potrafi.
Posłusznie wkładam na głowę hełm, po czym przed moimi oczami pojawia się obraz całego pomieszczenia. Moje zdumienie przybiera jeszcze większy poziom kiedy orientuję się, że to Elektroniczny Hełm 3D nazywany powszechnie EH’em.
- Komputer pokładowy będzie informował cie co znajduje się w twoim pobliżu, oraz gdzie znajdują się potencjalne niebezpieczeństwa. A teraz ubierz strój, muszę zobaczyć, czy pasuje.
Wybieram się za parawan z hełmem i strojem w drugiej ręce. Jest tak bardzo lekki a przy tym tak bardzo wytrzymały. Nigdy w życiu nie wyobrażałam sobie, że będę w posiadaniu takiego cuda. Po ubraniu się wychodzę do głównej sali, gdzie czeka na mnie Derek, ubrany w podobny stój bojowy – tyle że jego jest cały matowy i nie posiada metalowych piór na hełmie.
- Noże do rzucania, mini bomby dymne, pistolety, lasery oraz to – mówiąc to, dyrektor do spraw uzbrojenia pokazuje nam małe karty, podobne do tych które znajdują się w telefonach. – To małe cudeńko to wasza bateria. Wkładając tą kartę do otworu w lewym bucie automatycznie uruchamiacie kostiumy. To małe coś zasilać będzie wasz hełm, czyli kamerę 3D; przyssawki w dłoniach i butach oraz najnowsze dzieło naszych inżynierów: lewitujące komórki. Wasze całe stroje są nimi przesycone. Jeżeli tylko mając hełm na sobie wypowiecie słowa „lewitacja włącz” zaczniecie latać. Ale uwaga, to tylko prototyp i może działać tylko przez pięć minut – potem bateria się wyczerpuje.
No pięknie – myślę.
- Niesamowite – to słowo samo wypływa mi z ust.
Chyba polubię tę pracę. Chociaż, nie, nie. Dalej mam w głowie tamtego chłopczyka. Nigdy.
7/16/2013

Obrażenia

Spięłam się i gotowe. Drugi rozdział. A raczej pierwszy, whatever.






Czy kiedykolwiek się zdarzyło, że absolwentka prawa na Harvardzie, zaraz po otrzymaniu dyplomu zakłada swoją własną kancelarię prawniczą? Tak i to tylko raz.
Owa kancelaria mieści się w centrum Nowego Jorku, w wielkim, pięćdziesięciopiętrowym wieżowcu. Do dyspozycji kancelarii są cztery piętra, każde z nich wielkie na kilkaset metrów kwadratowych. Bardzo trudno wynająć tę agencje. W żadnym wypadku nie jest droga. Po prostu – nie istnieje. Mianowicie: Ventus Wind, po skończeniu Harvardu postanowiła poświęcić się większej instytucji, niż bronienie niewinnych (lub czasem i winnych). Postanowiła przyłączyć się do prestiżowej agencji ochrony „VIP”, której celem jest wykonywanie zadań zlecanych przez bogaczy lub także łapanie przestępców. Dlatego też kancelaria prawnicza to bardzo dobra przykrywka.
Biegła przed siebie. Pięcioro mężczyzn goniło ją, na oślep strzelając przed siebie. Była w potrzasku – nie wiedziała gdzie iść dalej, straciła łączność z bazą, połowa ich ochrony (jak nie cała) goniła i śledziła jej poczynania po całym budynku. Jedyną rzeczą, która mogła ją teraz uratować – to chyba cud.
Inteligencja jest tą przyprawą, która z najpospolitszych rzeczy robi cuda.
Czerwony, luksusowy dywan w tym budynku ciągnął się w nieskończoność, coś podpowiadało jej, że prowadzi do wyjścia, jednak szybko odsunęła od siebie tę myśl. Chwilę temu zgubiła ogon, jednak zapewne nie na długo. Straciła łączność z bazą jakieś pięć godzin temu. Starczyło jej czasu na przeładowanie magazynku w drugim pistolecie, kiedy usłyszała strzały i zauważyła świeżą dziurę w ścianie tuż przed nią. Zdążyła się obrócić, gdy kolejny pocisk przeleciał 20 centymetrów od jej lewego ucha. Strzelała, biegnąc tyłem i próbując jakoś zgubić swoich oprawców. W lewym uchu usłyszała szmery – łączność powracała. Dochodziły do niej przerywane głosy, jakby wyrazy. Niezrozumiałe ale wyrazy. Dopiero teraz zrozumiała, że może wydostać się z tego bagna. Biegnąc, znalazła drzwi wejściowe. Przestano już do niej strzelać, tak jakby… to była pułapka! Jakby chcieli, żeby tam wbiegła, a tuż pod wejściem zastrzelą ją i odbiorą jej to po co przyszła. To sobie tego poszukają. Pomyślała, podtrzymując się na duchu.
Nie miała wyjścia. Uciekać dalej, lub zaryzykować i wybiec przez drzwi wejściowe. Decyzja musiała być podjęta szybko, bez zbędnych ceregieli czy zastanowień. Uczono jej tego. Szybkie i dobre decyzje, zawsze kończące się sukcesem bądź dotarciem do celu były jedną z ważnych rzeczy, które musiała umieć, żeby zostać agentką. No a poza tym, z zawodu jest prawnikiem. Szybka decyzja i już biegła w stronę drzwi. Czuła, że robi dobrze.
Szkło przegrało starcie z napierającym na nie ciałem, posypało się na miliony kawałeczków i bardzo mocno wbiło się w ciało agentki Wind. Czarny, lateksowy kostium w który była ubrana, porozcinał się, a krew wyprysła. Zacisnęła tylko pięści i biegła przed siebie. Dość spory odłamek wbił jej się w ramie, które w mgnieniu oka zrobiło się czerwone, a chodnik za agentką ozdabiały wzory takiego samego koloru. Było to nieodpowiedzialne, ale biegła przed siebie. Gdy zorientowała się, że nikt, ale to nikt za nią nie biegnie, zwolniła tępo, a potem ustała. Otaczały ją budynki i ludzie.
Ci drudzy przyglądali się jej z wielkim zdziwieniem, cicho rozmawiali, a ona stała. Czarne lamborghini nadjechało bardzo szybko i niespodziewanie. Ventus zdążyła jedynie lekko podskoczyć , kiedy z całym impetem wjechało w nią. Zrobiła to za wolno i w efekcie, maska tego luksusowego auta uderzyła w nogi agentki. Upadła twarzą na maskę, a kobieta która siedziała w środku, wystraszona wpatrywała się w swoją „ofiarę”.
- Wezwijcie pogotowie i policję! – ktoś z dużego już tłumu gapiów krzyknął.
NIE! Pomyślała i wiedziała już wtedy, że jeżeli nie wstanie i nie wylegitymuje się, że jest kimś „z góry” to wezwą policję, a potem zacznie się śledztwo i pieprzenie o niczym. A tak nie może się stać, za nic – utraciła by prace i reputacje. Najpierw podniosła jedną, a potem drugą rękę, by przejść na „czworaka” a potem wstać. Wyjęła z kieszeni kostiumu swój identyfikator, podniosła go na wysokość głowy i powoli, z wielkim bólem, podeszła do tłumu.
- Rozejść się! A jeżeli ktoś spróbuje wezwać policję lub inną służbę, sprawię, że każde wasze choć najmniejsze przestępstwo wyjdzie na jaw, a za samo nie płacenie podatków nie wyjdziecie z więzienia przez następne czterdzieści lat. Ale to już!
Podziałało. Ludzie zaczęli się rozchodzić, a ci którzy rzeczywiście mieli coś na sumieniu, zaczęli się szybko oddalać w połowie zdania. W końcu, nikt nie zadziera z osobom, która się przy nich legitymuje. Tylko że, kto powiedział, że ta „legitymacja” jest prawdziwa? A może to było tylko prawo jazdy? Nigdy nic nie wiadomo.
***
Przyłożyła rękę do skanera, który identyfikował jej linie papilarne w celu zgodności. Gdy szybka, na której ją położyła zrobiła się zielona, podeszła bliżej potężnych drzwi i przyłożyła oko do czytnika. Bezbarwne światło zaczęło skanować jej siatkówkę, sprawdzając przy tym, czy osoba która chce się dostać do agencji jest tym, za kogo się podaje. Kolejne zabezpieczenie – hasło, które brzmiało orange oraz jeszcze jedno zabezpieczenie: klucz dostępu. Wielkie drzwi rozstąpiły się, ukazując małe pomieszczenie – windę. Kliknęła piętro trzydzieste równocześnie z pojawieniem się szefa na jednej ze ścian windy.
– Agentko Wind – przywitał się, charakterystycznym dla niego skinieniem głowy
i podniesieniem jednej brwi.
– Hugh – bez zbędnych ceregieli przywitała się z przełożonym i wyszła z windy. Żelazny człowiek – bo tak go nazywano, wyszedł jej naprzeciw, by sprowadzić ją schodami w dół i dopiero wtedy zacząć ją opieprzać za to co zrobiła. Nie obchodziło go teraz to, że jego najlepsza agentka jest ranna, jej ochronny kombinezon jest dziurawy i cały w lepkiej, jeszcze ciepłej mazi, jej nogi posiniaczone od auta, a w rany zapewne wdało się zakażenie.
– Brak dyscypliny, lekceważenie przełożonego, prawie zawalona akcja. Wind, nie chciałem tego robić, ale... nie zostawiasz mi wyboru. – Urwał swoją wypowiedź, jakby się jeszcze zastanawiał, jakby nie był pewny. W jej głowie trwała bitwa. Jedna strona domagała się zwolnienia, sama nie wie dlaczego, ale tak było. A druga tak bardzo tego nie chciała – Wind, po prostu bierzesz sobie wolne.
Mów szeptem, jeśli mówisz o miłości tajnych sprawach.
– Wolne? Tylko tyle? – prychnęła. – Myślałam, że mnie zwolnisz! – powiedziała i zaczęła się histerycznie śmiać. Z wolna dość niepokojący śmiech zmienił się w łkanie, a łkanie w płacz. Wciąż śmiech gdzieś przedzierał się przez ataki płaczu, ale było go mało. Po prostu to ją wykończyło. Była ranna, nie miała siły na nic, była głodna. – Mam wolne! – śmiała się, opierając się o ścianę i zjeżdżając po niej, by usiąść. – Słyszycie? Mam wolne!
Próba przywrócenia Ventus do odpowiedniego wyglądu zakończyła się nie mniej oczekiwanym sukcesem. Puder zakrył siniaki na twarzy i dłoniach, ranę na przedramieniu zakryto rękawem sukienki, stłuczenia na nogach zakryły czarne zakolanówki. Najtrudniej jednak było jej ustać w szpilkach, gdyż to tak niemiłosiernie ją bolało, że już wolała się narazić na wielki gniew swojej mamy i przyjść do domu w glanach. Szybko jednak odrzuciła od siebie myśl, ponieważ glany nosiła tylko wtedy, kiedy miała zły dzień – a dziś nikt niczego nie może podejrzewać.
Wsiadła do wozu i już po godzinie z hakiem wjechała na parking Białego Domu. Przywitała się z ochroniarzami, przybiła z nimi tak zwaną „piątkę” i skierowała się od razu do salonu, gdzie miała nadzieję znaleźć rodziców. Nie trafiła jednak na nich. Jedna sprzątacza twierdziła, że wyszli gdzieś, zaś druga, że urządzili grilla. Wciąż nie wiedząc co zrobić, Ventus skierowała się do kuchni. Idąc przez salon, mimowolnie spojrzała przez okno i zauważyła całą swoją rodzinkę siedzącą przy stole i zajadającą się kiełbaskami. Ruszyła w ich stronę i już po chwili stała kilka metrów od stołu.
– Dzień dobry! – przywitała się. – Cześć mamuś, hej tato, postanowiłam, że wpadnę do Was na kilka dni, ale chyba wybrałam sobie zły moment. – powiedziała, drapiąc się po głowie z zakłopotania.
Było jej dziwnie przyjść do domu w którym praktycznie się wychowała i zastać rodzinę przy stole. Taki niecodzienny widok. Jeszcze niedawno mieszkała tu razem z nimi, każdy posiłek jadali razem. Potem, po zakończeniu szkoły postanowiła się wyprowadzić. Pośrednim powodem było również to, że nie chciała narażać ich na niebezpieczeństwo. Dlatego też wynajęła sobie apartament w centrum NY, blisko do pracy a zarazem niedaleko rodziców. Dopiero teraz odczuła brak rodzinnej atmosfery, wspólnych posiłków czy podróży po Ameryce. Uderzyło to w nią z dużą siłą – a przecież jeszcze przed chwilą wyglądała jak stado nieszczęść.
– Ależ skądże, kochanie, to również twój dom. – Pan Wind, jak przystało na gospodarza, wstał i przedstawił jej swoich gości. – Kochanie, poznaj proszę pana Toma Browna, mojego starego przyjaciela, oraz jego żonę, Anastasie Brown. – Mówiąc to wskazywał ruchem dłoni poszczególne osoby. – A to, moi drodzy moja jedyna córka Ventus.
– Oh, proszę na mnie mówić Ven – machnęła ręką, znowu zawstydzona brzmieniem swojego imienia. – Om, ups, przepraszam za ten ton głosu – skarciła się w myślach. Zajęła wolne miejsce przy stole i nalała sobie soku. – Swoją drogą, przepraszam bardzo za to pytanie, ale czym się pan zajmuje?
Znana była z braku jakichkolwiek barier i mówienia co myśli o wszystkim „prosto z mostu”. Nikt nie miał jej tego za złe, wręcz przeciwnie – to był taki jakby znak rozpoznawczy (no prócz imienia, oczywiście). Była to dobra cecha, bardzo pomocna w jej życiu. Gdy ktoś zaczął w jej towarzystwie mówić o niej „na ucho”, wtedy ona po prostu mówiła mu, że wszystko co z nią związane powinno być mówione na forum i, że nie ma niczego do ukrycia. Dlatego ludzie potrafili jej zaufać. Mówiła to co myśli, bez zbędnych bajerów i to bardzo podobało się innym.
– Ventus! – skarciła ją mama, przybierając ton nieznoszący sprzeciwu.
– Ależ nie, Victoria, spokojnie. Nic się nie stało. Dobrze, że młoda pyta, jest przecież poniekąd prawnikiem, prawda?
– Poniekąd? – Ven, poczuła, że to miało ją urazić i przybrała minę obrażonego dziecka.
– Jesteś przecież niespełna dwudziestolatką, założyłaś swoją agencję, ale pracujesz tam jak na aplikacji, prawda? Dlatego powiedziałem poniekąd.
– Może być prawnikiem, albo nim nie być. Nie ma czegoś takiego jak – prychnęła – poniekąd.
– Tato, a czy ja jestem poniekąd lekarzem? Nie? Ale przecież o ile się nie mylę, jestem w tym samym wieku co Ventus. Ale czy jestem poniekąd lekarzem? Nazywasz mnie dojrzałym lekarzem, skąd ta krytyczna zmiana?
W trakcie rozmowy przybył jeszcze jeden gość dzisiejszego przyjęcia w ogrodzie prezydenta. Był wysoki, szczupły i wysportowany. Jego blond włosy wyglądały jakby dopiero co się umył i nawet ich nie czesał. Luźna, biała koszulka z dekoltem w serek opinała jego mięśnie, a ciemnoniebieskie jeansy pasowały idealnie kolorem do oczu nieznajomego. Szedł w ich stronę wolno, patrzył prosto przed siebie. Pierwsze wrażenie, które dopadło Ventus było niemiłe. Wydawało jej się, że człowiek który właśnie zmierza w jej kierunku jest narcystycznie usposobiony i choć dobrze patrzy mu z oczu, Ven czuje, że nie pójdzie jej z nim tak łatwo.
Podszedł do niej, ujął jej dłoń i przystawił sobie do ust. Prawdziwy gentlemen.
– Nazywam się Derek Brown. A ty zapewne jesteś ta zjawiskowa Ventus Wind? Racz mi wybaczyć za zachowanie mojego ojca, to dość niestosowne by mówić takie rzeczy tak dobremu adwokatowi. Mój przyjaciel korzystał z usług twojej agencji, oczywiście wygrał po dwóch rozprawach. - mówiąc to, zdążył usiąść, rozgościć się i nalać sobie herbaty, kiedy inni zebrani tylko patrzyli na niego zdziwieni.
– Witaj Derek – jak przystało, pierwszy głos zabrał tata agentki – widzę, że się już rozgościłeś, więc nie zostaje mi nic innego jak życzyć ci smacznego.
– Bardzo dziękuję – odpowiedział mu od razu i spojrzał na swojego tatę, który dosłownie kipiał ze złości. – Tato? Coś nie tak? – uśmiechnął się, gdy Ventus ze śmiechu prawie nie zakrztusiła się herbatą.
– Swoją drogą Ventus, mogłabyś przynieść z salonu moje najlepsze strzelby? Chciałbym pokazać je Tom'owi, planujemy wybrać się na polowanie.
– Czy to muszę być akurat ja? – bała się, że nie zdoła ich udźwignąć. Strzelby które posiada jej tata, mają to do siebie, że nie ważą mniej niż 15 kilogramów. Nigdy nie robiła sobie z tego problemu, przenieść kawałek dwie lub trzy takie okazy, ale teraz, gdy ledwo trzymała się na szpilkach to było wręcz niemożliwe. – Nie możesz, tato, poprosić o to jednego z twoich goryli? Są silniejsi ode mnie, na pewno przyniosą jej tu szybciej. - Próbowała się jakoś wykręcić z tej sytuacji.
– Ventus! Ile razy mam ci powtarzać, że ci moi, jak ich nazwałaś, goryle, chronią mnie i również ciebie, przed terrorystami. A teraz rusz się i przynieś te strzelby!
Była w potrzasku, dobrze o tym wiedziała. Teraz, gdy jej tata przybrał lodowaty ton głosu nie mogła się przeciwstawić. Wstała od stołu i skierowała się w kierunku salonu. Tuż nad kominkiem wisiały cztery strzelby, a dwie z nich musi przetransportować z powrotem do ogrodu. Po kolei, najpierw jedną potem drugą strzelbę zdjęła znad kominka, położyła na sofie, a potem zgarnęła na ręce. Ból był nie do opisania, wszystkie mięśnie błagały o chwilę odpoczynku, a nim zdążyła przejść od sofy do okna tarasowego, prawie trzy razy leżała na ziemi przygnieciona tymi bydlakami. Nie pozostaje jej nic innego jak zawziąć się i dojść do stołów.
6/29/2013

Harvard

I choćbyś ziemskiej drogi miał już dosyć, iść musisz dalej. By w mroku niepewnym samotna gwiazda, tobie przypisana miała oparcie. Drogowskaz spadania. (źródło)
Metka od ciemnoniebieskiej szaty gryzła mnie w szyję, kiedy pewnym krokiem podchodziłam powoli do mównicy Harvardu. Moja profesor, pani Sevilla Bonehard, właśnie kończyła mówić o trzech wspólnych latach na Harvardzie. Ostatnim zdaniem zapowiedziała mój występ, a dokładniej mówiąc moją przemowę, której nawiasem mówiąc zapomniałam przygotować.
- Dzisiaj, w ten wyjątkowy dla was wszystkich dzień, mam zaszczyt poprzedzić swoją krótką mową, absolwentkę prawa na Harvardzie, pannę Ventus Wind! Jest to osoba, na którą zawsze mogłam liczyć i która zawsze potrafiła rzucić, czasem nawet niestosowny żart na poprawę humoru wszystkim studentom. A więc, powitajcie brawami Ventus!
Wszyscy zaczęli bić brawa, pani Sevilla odsunęła się od mównicy, a ja do niej podeszłam. Dopiero teraz zauważyłam, jak ręce zaczęły mi się trząść, a nogi zmiękły. Tuż za mną ustało dwóch ochroniarzy, moim zdaniem niepotrzebnych w tej chwili, jednak tata, który również jest obecny na tej sali, nalegał. Zgodziłam się.
- Dziękuję. Szczerze mówiąc, nie przygotowałam sobie tej mowy. Nie przygotowałam żadnej. Jak podsumować te lata nauki? Na moich pierwszych zajęciach, gdy jeszcze nie umiałam odgrodzić bycia córką prezydenta od prawdziwego życia, i gdy weszłam z uniesioną głową, jako królowa, pewna pani profesor powiedziała dwa zdania, które zapadły mi w pamięć do dnia dzisiejszego. A brzmiały one: „Skłonność do wywyższania siebie często idzie w parze ze skłonnością do poniżania drugich. Uroki kompleksów.” Dlatego też: idźcie przed życie z głową uniesioną ku górze, ale nie tak, by pokazać, że jest się lepszym, ale tak, by pokazać, że jesteście sobą i że, zawsze robicie to, co do was należy.
Wszystkie czapki powędrowały do góry, wszyscy zaczęli klaskać i wiwatować. Ochroniarze taty w tym lamencie jeszcze mocniej do niego przywarli. Dlaczego tylko ja czułam się tak, jakbym się powoli zabijała? 
Layout by Yassmine