8/22/2013

Przemyślenia

Od wczes­nych lat życia wyrzekłem się ja­dania mięsa. Przyj­dzie czas, gdy ludzie ta­cy jak ja będą pat­rzeć na mor­dercę zwierząt tak sa­mo jak te­raz pat­rzą na mor­dercę ludzi. (Leonardo da Vinci)
Czasami dopadają nas przemyślenia, prawda?
Też je miewam. Zazwyczaj, kiedy siedzę sama w pokoju, w rozciągniętym swetrze i przetartych szortach, pijąc herbatę i oglądając filmy. Takie melancholijne dni są najlepsze na tego typu rozmowy ze samym sobą. Wiesz czego oczekujesz, wyszukujesz plusów i minusów, rozważasz, chodzisz, myślisz. Może ci to zająć nawet kilka dni. Ale w końcu wiesz. A potem dopadają cie wątpliwości. Jedna rada? Skoro wiesz, to nie patrz na nie. Żyj chwilą, ciesz się życiem i takie tam. To pomaga. W pewnym stopniu.
Chcę być kimś, wiecie? Nie chcę być zwykłą agentką tajnej organizacji, chociaż zwykłą być nie mogę, patrząc nawet na mój rodowód i nazwisko ojca. Marzy mi się zmienianie przyszłości na lepszą, brak ciągłych wojen, brak niszczenia środowiska, brak chorób i zastraszania. Chcę w końcu żyć w idealnym świecie, gdzie nie musisz zamykać drzwi na klucz, ani montować sobie coraz to nowego alarmu antywłamaniowego bo boisz się o swój majątek. Chcę ulepszać, tworzyć. I nie chcę nic w zamian.
A wiecie kim się stałam? Stałam się tą częścią wszechświata, która łamie prawo naumyślnie i zapewne nigdy nie doczeka się za to reprymendy. Wszyscy mówią „Dobra robota Ventus!” albo „Oby tak dalej!” ale ja wiem, że robię coś złego, coś co nie może dłużej trwać. Kradnę, zabijam, ochraniam tych których ochraniać nie powinnam. Jest tyle rzeczy, które robię źle. Potrafię wymieniać je w nieskończoność. Ale paranoją jest to, że nie potrafię wymienić rzeczy które robię dobrze.
A przecież do bycia kimś muszę czynić dobro, prawda?
A chcę być kimś, tak bardzo tego pragnę.
Chcę być kimś na wzór Iron Mana. Nie chodzi mi o wypchany technologią kostium Ton’ego Starka. Nawiasem mówiąc nawet bym w niego nie weszła, mam klaustrofobię. Nie chodzi mi również o produkowanie broni tak jak to robiło Stark Industries. Chodzi o to, że Tony miał plan. Miał wizję, żeby świat stał się lepszy. Zaczął pomagać, tak jak mógł, ale zaczął. Z wolna zmieniał przyszłość, ulepszając to co stworzył. Przy tym był zawsze rozluźniony, z dość dziwnym poczuciem humoru, co prawda, ale był sobą. Trzymał się tego, co sobie wyznaczył. Ścieżki, która wiodła go do zwycięstwa. Spotkał się z krytyką, z odepchnięciem, z pogardą. Ale były też dobre oceny jego pracy, wsparcie, pomoc. Mógł sobie tyle przypisać. No i oczywiście trzeba to zaznaczyć: był przystojnym geniuszem który niestety był również mocno w sobie zadufany.
No, ale wracając do rzeczywistości.
Taki melancholijny wieczór nastaje u mnie paradoksalnie co dwa dni. A tak w rzeczy samej być nie powinno. Melancholijne wieczory są dla osób, które nie mają co ze sobą zrobić, straciły pracę czy też przeszły większe załamanie w życiu. Ja przecież mam wszystko, to niedorzeczne, że przytrafiają mi się aż tak często. A jednak przytrafiają się. I nie mogę nad tym zapanować. To jest tak, jakbym powoli zapadała w depresję.
Ten wieczór nastał i dziś.
Kiedy orientuję się, że żaden komiks nie przyniesie mi dziś ulgi i błogich snów, łapię za zeszyt i energicznie wyrywam kartkę. Wygładzam ją, bo trochę się pogięła, zaginam boki, żeby nie było widać podartej części. Łapię za mazak. Wielkimi, czerwonymi literami piszę „Lista rzeczy, które Ventus Wind robi dobrze” i na tym kończę moje wypisywanie. Na zerze.
Prycham.
- No dalej, Ventus. Potrafisz zabić człowieka strzelając z odległości nawet dwustu metrów, a nie potrafisz skleić o sobie ani jednego dobrego zdania? Weź się w garść!
Tylko że taka jest prawda. Potrafię o sobie mówić, a gdy się rozgadam to końca nie widać. A gdy przychodzi do wymieniania tych dobrych cech, po prosu zastygam. Jestem pustką. Nie wiem czy to jakaś wrodzona bariera, czy po prostu stałam się kimś złym. Gdybym się spięła, mogłabym coś wymyślić. Ale jak, skoro nie umiem.
- Umiesz gotować, Ven – mówię nagle, wręcz mechanicznie.
Śmieję się na głos i otwieram laptopa. Skype włącza się automatycznie, wyszukuję w liście kontaktów Margareet i Deana, upewniam się, że są online i dzwonię do nich. W międzyczasie przyglądam się ich nowym zdjęciom profilowym. Margo wygląda tak pięknie w swoich długich do brzucha czarnych włosach i kwiecistej sukience. Nic dziwnego, że ustawiła to zdjęcie jako główne. Dean, jak to Dean, jako profilowe ustawił sobie zdjęcie Teemo – jednej z postaci w grze League of Legends.
- No hej Ven! – przywitał się ze mną mój kochany Dean, włączając przy tym kamerkę.
- Veni! Długo cie nie widziałam! – podążając śladami przyjaciela, Margo robi to samo.
Gdy zobaczyłam ich uśmiechnięte twarze, od razu poczułam dziwne uczucie w sercu. Tak dawno ich nie widziałam, a przecież kochałam ich ponad życie. Nigdy wcześniej nie czułam się tak. Serce bije mi szybciej, do oczy napływają łzy. Po prostu jestem o nich zazdrosna. Tak bardzo pochłonęła mnie praca, że nie kontaktowałam się z nimi od pięciu miesięcy?
Dean to chłopak, którego nie da się nie lubić. Jest typem Bad Boya, ale przy mnie taki nie jest. Zawsze jest szczery, a przy ty tak bardzo, cholernie opiekuńczy i słodki. Margo, kiedyś jego dziewczyna, była bardzo popularna w szkole. Była jedną z takich, z którymi chcesz się zadawać. Razem tworzyliśmy team, którego nikt nigdy nie rozbił.
- Mam do was sprawę – mówię prosto z mostu. – Powiedzcie mi jaka jestem, ale z tych dobrych cech. – proszę, łapiąc za notes i czekając na słowa które mogę zapisać.
- Zacznę. Pomagasz biednym, chodzisz na aukcje charytatywne, jesteś najlepszą przyjaciółką w świecie, jesteś miła dla każdego, znasz się na modzie, świetnie grasz w Lola, umiesz śpiewać, umiesz tańczyć, jak nikt inny potrafisz naśladować inne głosy, znasz dużo języków, skończyłaś prawo, jesteś wprost idealną agentką…
Przerywam słowotok Margo.
- … która zabija niewinnych – dokańczam za nią.
- Może i tak, ale to twoja praca. To wybrałaś, kochana. Nie możesz jej teraz zmienić. Wiesz ile osób na tobie polega? Ile osób zawdzięcza tobie życie? Nie możesz wciąż się obwiniać za tamtego chłopczyka! Wiem jak to przyjęłaś, ale no przestań. To on zaszedł cie od tyłu, to oni go posłali. On nie był niewinny! Powinnaś po prostu wziąć się w garść, nie możesz się obwiniać w nieskończoność. Rozumiesz? Jeżeli tego nie pojmiesz w następne dziesięć minut to obiecuję, że wsiądę w ten samochód i przyjadę do tego Waszyngtonu i już nie będę taki miły!
- Okej Dean, ona chyba zrozumiała – Margo stanęła po mojej stronie.
Spoglądam na nich. Raz na Margaret, raz na Deana. Dziewczyna wydaje się wręcz przestraszona zachowaniem swojego przyjaciela. Wiecie, kiedyś, kiedy jeszcze byli razem – nie widzieli poza sobą świata. Liczyli się tylko oni, inni nie mieli wstępu do ich świata. Potem zjawiłam się ja. Wiem, że pokochali mnie od razu, kiedy powiedziałam im wprost, że rzygam jak widzę ich tak bardzo szczęśliwych i słodzących sobie na każdej drodze. Potem zaczęliśmy się przyjaźnić, a między nimi coś się kończyło. Już się nie całowali na prawo-lewo, nie chodzili wszędzie razem jak przylepy. Zakończyłam w ich życiu piękny rozdział i do dziś mam do siebie wyrzuty, chociaż oni tłumaczą, że tak jest lepiej. Są przyjaciółmi, ale mogą też umawiać się z kim chcą i kiedy chcą.
Słyszę głośny dźwięk i czuję wibracje pod lewym udem. Wyciszam mikrofon, ponieważ dzwoni Hugh. Odbieram po chwili – ot takie złudzenie, że mam życie prywatne.
- Halo? – mówię.
- Ventus? Koniec urlopu, ubieraj się i przyjeżdżaj. – powiadamia mnie, a ja tylko wywracam teatralnie oczami. Wiecie, w sumie spodziewałam się tego.
- Dobra, daj mi pół godziny. A miałam wziąć PRZYMUSOWY urlop – prycham.
- Przymusowy czy nie przymusowy, masz tu zaraz być.
***
Wchodzę do siedziby agencji i udaję się do gabinetu Hugh’a. Przesz oszklone drzwi widzę, że nie jest sam. Prycham tylko gniewnie i nie zastanawiając się zbytnio wchodzę bez pukania do pomieszczenia. Zniesmaczona mina szefa mówi mi, że jeszcze chwila i obetnie mi wypłatę. Wzruszam jednak ramionami i mój wzrok przenosi się na tajemniczą osobę, aktualnie siedzącą do mnie tyłem. Podnoszę brew i spoglądam na szefa.
- Ah tak. Ventus, to twój nowy partner. Poznaj proszę Dereka Browna, jednego z moich zaufanych agentów, którzy działają w Europie.
Poznaję w Dereku chłopaka, który tak zawzięcie bronił mnie przed swoim ojcem wczorajszego wieczoru. Gdy odwraca się do mnie, mimowolnie się uśmiecham i pozwalam mu pocałować moją dłoń. Co jak co, ale zapamiętałam go jako gentlemana. Siadam na drugim fotelu, zakładając nogę na nogę i wyjmuję z kieszeni jeansowej kamizelki telefon.
- Przejdź do sedna, serio, jakbyś nie wiedział mam teraz urlop – mówię gniewnie, tylko w połowie ironicznie.
Spogląda na mnie, przez chwilę się zastanawiając a potem zaczyna mówić.
- Sprawa wygląda tak; z największego i najbardziej strzeżonego magazynu wojskowego na świecie skradziono broń wartą ponad osiemset miliardów dolarów. Broń jest bardzo niebezpieczna dla środowiska, gdyż wystarczy tylko niechlujnie wycelować w człowieka, nacisnąć spust a ten po prostu rozszczepia się na malutkie kawałeczki. To najnowsza i zarazem najniebezpieczniejsza broń świata. Ventus, tylko ty możesz ją wykraść. Właśnie od Dereka dowiedzieliśmy się gdzie przypuszczalnie ją przetrzymują. Musisz się tam wkraść, zabrać ją i wyjść stamtąd niezauważona. Niezauważona – powtarza dla podkreślenia.
- Dobra, dobra, rozumiem! Kiedy mogę wyruszyć?
- Widzisz Derek? I to podoba mi się w naszej Ventus najbardziej! Ma urlop, a od razu bierze się do roboty. Widać, że kocha swój zawód – komentuje.
Tak. Zgadzam się. Tak. Mów mi więcej… Zaraz… czy ja dobrze słyszałam…
- Partner? Nowy partner? – mówię, naciskając na słowo nowy.
Na początku nie zrozumiałam co dokładnie miał na myśli Hugh. Sądziłam, że mówiąc partner, chciał się ze mną podroczyć. Nawet nie wyobrażam sobie, jak można działać z partnerem. Przecież to… mężczyzna. Wielki, muskularny samiec, który zapewne nie potrafi się nawet cicho poruszać. Na Merlina! Pewnie nawet głośno oddycha! Nie pozwolę, żeby jakiś samiec alfa mi tu wyrastał. Co to, to nie! Nie dam sobie wejść na głowę.
Hugh kiwa promiennie głową. Udusiłabym.
***
Razem z moim partnerem udałam się do działu broni i wyposażenia żeby zdobyć sprzęt potrzebny do misji. Na początku naszej wędrówki „od drzwi do drzwi” tego piętra odwiedzamy pokój, w którym produkują i projektują stroje bitewne. Z racji tego, że mój stary strój został doszczętnie zniszczony dostaję nowy. Wygląda nieziemsko i praktycznie w niczym nie przypomina mi starego. Wykonany jest z czarnego, lśniącego oraz czarnego, matowego materiału. Przy sercu i tych ważniejszych organach został wzmocniony kewlarem, co rozpoznaję po twardej powierzchni. Jest bardzo kobiecy, jak na strój bojowy. Przy kolanach i łokciach również rozpoznaję wzmocnienie materiału; w tych również miejscach materiał jest lśniący. Do stroju dostaję również buty – coś na wzór glanów, jednak o wiele lżejsze i nie wydające hałasów. Cały strój posiada kilkanaście kieszeni, do których, jak sądzę, zaraz dostanę wyposażenie. Moją uwagę zwraca hełm, który leży niedaleko stroju. Dość duży, czarny i lśniący. Po bokach, tak jakby ze skroni wychodzą czarne, metalowe pióra.
- Podoba ci się? – słyszę. Odpowiadam skinieniem głowy. – Włóż go, a zobaczysz co potrafi.
Posłusznie wkładam na głowę hełm, po czym przed moimi oczami pojawia się obraz całego pomieszczenia. Moje zdumienie przybiera jeszcze większy poziom kiedy orientuję się, że to Elektroniczny Hełm 3D nazywany powszechnie EH’em.
- Komputer pokładowy będzie informował cie co znajduje się w twoim pobliżu, oraz gdzie znajdują się potencjalne niebezpieczeństwa. A teraz ubierz strój, muszę zobaczyć, czy pasuje.
Wybieram się za parawan z hełmem i strojem w drugiej ręce. Jest tak bardzo lekki a przy tym tak bardzo wytrzymały. Nigdy w życiu nie wyobrażałam sobie, że będę w posiadaniu takiego cuda. Po ubraniu się wychodzę do głównej sali, gdzie czeka na mnie Derek, ubrany w podobny stój bojowy – tyle że jego jest cały matowy i nie posiada metalowych piór na hełmie.
- Noże do rzucania, mini bomby dymne, pistolety, lasery oraz to – mówiąc to, dyrektor do spraw uzbrojenia pokazuje nam małe karty, podobne do tych które znajdują się w telefonach. – To małe cudeńko to wasza bateria. Wkładając tą kartę do otworu w lewym bucie automatycznie uruchamiacie kostiumy. To małe coś zasilać będzie wasz hełm, czyli kamerę 3D; przyssawki w dłoniach i butach oraz najnowsze dzieło naszych inżynierów: lewitujące komórki. Wasze całe stroje są nimi przesycone. Jeżeli tylko mając hełm na sobie wypowiecie słowa „lewitacja włącz” zaczniecie latać. Ale uwaga, to tylko prototyp i może działać tylko przez pięć minut – potem bateria się wyczerpuje.
No pięknie – myślę.
- Niesamowite – to słowo samo wypływa mi z ust.
Chyba polubię tę pracę. Chociaż, nie, nie. Dalej mam w głowie tamtego chłopczyka. Nigdy.

4 komentarze:

  1. Bogowie, jak ja kocham przypadki. Znalezienie tego bloga było najlepszym w tym tygodniu :) Uwielbiam Ventus :D Jest taka jaka powinna być idealna agentka. O co chodzi z tym dzieckiem? Czekam z niecierpliwością na cd.
    Przepraszam, że tak krótko, ale mam małe problemy z kompem i boję się, że zaraz mi padnie. Następny komentarz będzie dużo dłuższy.
    Pozdrawiam, weny życzę i zapraszam na moje blogi.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny blog. Czczę katalog opowiadań, na jakim go znalazłam. Masz prawdziwy talent do pisania. Twoje postacie są takie żywe, realne. Ventus nie jest tylko żądną krwi agentką, ani też rozwydrzoną córką prezydenta. Ciekawi mnie, co za chłopczyka ma na sumieniu ;)
    Czekam na część dalszą!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja jestem leniem, nie lubię pisać komentarzy, ale wiedz, że ja to uwielbiam, czytam i jest fantastyczne.

    OdpowiedzUsuń
  4. Noooo ejejejejeje tak sie nie roooobi!

    OdpowiedzUsuń

Layout by Yassmine